WordPress dla opornych

WordPress for dummiesCzy czytanie książki, takiej prawdziwej, w twardej okładce, pachnącej farbą drukarską, a jednocześnie tak ściśle związanej z aktywnością blogową ma sens?

Wydawałoby się, że w dobie powszechnego dostępu do prawie wszelkich możliwych źródeł, dokumentacji, instrukcji, opisów i innych FAQ-ów publikowanych online w internecie, drukowana książka na tak przecież bardzo „internetowy” temat jak blogi nie ma racji bytu. Przecież tej książki raczej nie czyta się do poduszki, czy nawet jadąc zatłoczonym tramwajem (ostatnio, z braku czasu to, właśnie środki komunikacji miejskiej są moją, nie powiem że ulubioną, ale niemal jedyną czytelnią). Książkę, która w sposób łatwy i przyjemny ma pomóc w rozpoczęciu przygody z blogowaniem na WordPressie powinno się czytać właśnie w trakcie pracy i pisania na blogu. A wtedy przecież cały internet stoi otworem, a w nim nieprzeliczone strony i blogi traktujące tylko i wyłącznie na ten temat, na których można znaleźć wszystko to co w książce i dużo, dużo więcej.

Więc co sprawia, że takie książki mają czytelników? Czy ktoś poza autorem i jego najbliższymi kupuje takie książki? Pobieżne tylko przeszukanie sieci pod tym kątem ujawnia co najmniej kilka pozycji (angielskojęzycznych) skupiających się na prowadzeniu bloga. Skoro są wydawane to pewnie tak, przecież autor raczej nie dokłada do tego interesu a i na filantropię wydawcy też nie ma co liczyć ;) Trzeba by zapytać Pawła Lipca, współautora jedynej (chyba?) jak dotąd publikacji na ten temat w naszym języku.

Być może to właśnie zwartość książki, łatwy dostęp do wszystkich odpowiedzi na trudne pytania, które może zadać początkujący bloger (który może też przecież mieć pewne trudności w sprawnym wyszukiwaniu informacji w internecie) sprawia, iż na rynku pojawiają się kolejne pozycje omawiające to zagadnienie.

I właśnie w najbliższy poniedziałek, 29 października ma ukazać się książka pod znamiennym tytułem WordPress For Dummies ;) napisana przez autorkę bloga Just a Girl in the World, ze wstępem niejakiego Matta Mullenwega – jednego z „ojców założycieli” i głównych programistów WordPressa. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności napisania o tej właśnie książce, ze względu na serię, w której została wydana, przecież For Dummies na naszym rynku wydawniczym istnieje jako seria Dla opornych, a takie właśnie motto (blogowanie dla opornych) ma mój zielony blog. W tej samej zresztą serii wydawniczej ukazała się też jakiś rok temu książka Blogging For Dummies, czyli dokładnie to o czym traktuje (a przynajmniej próbuje) ten blog.

Dummies.com zresztą wydaje pod tym szyldem bardzo wiele pozycji, dotyczących wszystkich niemal aspektów życia.

Ja nadal nie jestem przekonany do tej formy zdobywania wiedzy na temat blogów i WordPressa, wspominam o książce po prostu jako o ciekawostce liczącej ponad 400 stron, za prawie 25 dolarów ;) Ale może są miłośnicy słowa drukowanego, którzy chcieliby sobie przed snem poczytać o konfiguracji WordPressa, instalacji pluginów, czy obrony przed spamem w komentarzach.

Ciekawe, jak będzie się sprzedawać ta książka i czy znalazłby się odważny, który wydałby jej polskie tłumaczenie.

Uważaj, o czym piszesz na blogu

Każdy autor lub twórca bloga (czy ogólnie mówiąc strony internetowej) chciałby by jego dzieło było znane i odwiedzane. Pomijam tu nieoczywiste przypadki pisania dla samego pisania, bo skoro coś udostępniamy publicznie to choćby podświadomie liczymy na sukces.

Problem odwiedzin na blogu (pozostańmy przy tym konkretnym, najbardziej nas interesującym przypadku) nierozerwalnie łączy się z wyszukiwaniem informacji w internecie – niezależnie od wartości merytorycznej bloga, jego przeznaczenia czy zawartych w nim informacji znacząca liczba odwiedzin generowana jest przez wyszukiwarki. Dla blogów osobistych, na które większość napędzają linki z blogrolli znajomych, liczba wejść z wyszukiwarki będzie zapewne znacznie mniejsza niż blogów tematycznych, np. technicznych, związanych z konkretnym produktem, czy chocby traktujących o zarabianiu w sieci (dla których znalezienie się jak najwyżej w wynikach wyszukiwania jest wręcz koniecznością), lecz w każdym przypadku jest to na pewno liczba znacząca.

Nie wnikając w szczegóły techniczne (bo nie o tym traktuje ten wpis) umiejętność zdobycia jak największego ruchu z wyszukiwarek, czyli SEO, czyli optymalizacja stron pod kątem wyszukiwarek ;) to w głównej mierze dobór właściwych słów kluczowych, dla których nasz blog zostanie znaleziony i wyświetlony jak najwyżej w wynikach.

Nie mniej ważne od właściwego doboru słów kluczowych, dla których chcemy dać się znaleźć wyszukiwarce (powiedzmy otwarcie w Google, choć również w każdej innej), jest unikanie pewnych słów czy fraz, z którymi nie chcielibyśmy być kojarzeni. Nie każdy chciałby żeby jego blog wyskakiwał na pierwszej stronie wśród wyników poszukiwania gorących nastolatek czy Dody nago – choć z kolei dla wielu byłby to niemały sukces ;). Unikanie niewłaściwych słów kluczowych jest też istotne jeśli na blogu są reklamy kontekstowe (choć można zablokować wyświetlanie niechcianej reklamy, ale to wymaga sprawdzenia jakie reklamy wyświetlają się na naszym blogu, co może potrwać dłużej niż chwilkę), lub reklamy skierowane, których reklamodawcy mogą nie życzyć sobie wyświetlania na stronach kojarzonych z określonymi słowami.

spamWczoraj „chwaliłem się” pierwszym napisanym na zielonym blogu (i złapanym przez Akismet) spamerskim komentarzem. Przy okazji napisałem też, co ów spamujący bot miał do zaoferowania – oczywiście bez kierowania w konkretne miejsce, za to z odnośnikiem do Wikipedii. Dla zainteresowanych zamieszczam obok zrzut ekranu z zatrzymanym komentarzem. Po krótkim czasie zauważyłem, że przestały wyświetlać się reklamy kierowane, które zazwyczaj pokazują się między treścią posta a komentarzami. Nie żebym zarabiał na tych reklamach, przeciwnie, wszystkie reklamy na tym blogu przyniosły mi do tej pory raptem kilkadziesiąt centów ;) już wcześniej pisałem, że blog jest zielony (jego twórca też) i nie jest jego zadaniem przynoszenie dochodu (przynajmniej na razie ;) To blog eksperymentalny, a poza tym zbyt mało odwiedzany, by miał służyć do zarabiania.

Niemniej reklamy zniknęły. Po krótkim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że to wina tego konkretnego słowa. Przy okazji zastanowiłem się nad tym wszystkim co napisałem powyżej i stwierdziłem, że jednak nie chcę być kojarzony z nie do końca legalną (a na pewno daleką od moralnej) działalnością, dlatego zdecydowałem się na usunięcie go z wpisu, z odpowiednim wyjaśnieniem. Reklamy wróciły prawie natychmiast – w sumie nie jestem na 100% pewien czy to właśnie ten wyraz spowodował ich zniknięcie, ale to byłby zbyt duży zbieg okoliczności.

Uważajcie więc na to co piszecie na blogu, szczególnie jeśli chcecie zachować kontrolę nad tym jak jesteście postrzegani w sieci. Nieodpowiednie użycie jednego słowa może spowodować bardzo różne reakcje. Przede wszystkim różnych automatów, bo dla świadomego czytelnika sens użycia tego słowa w blogu był oczywisty.

101 WordPress Tips

Jeśli Twojego bloga napędza WordPress, lub piszesz go na platformie WordPress.com – musisz znać ten adres: Lorelle on WordPress – nieprzeliczone zasoby porad, sztuczek, pluginów, motywów i co tylko można sobie wyobrazić i dużo dużo więcej. Wszystko na temat WordPressa. Czytaj dalej 101 WordPress Tips

Dozwolone strony w AdSense

Google dodało nową funkcję do swojego programu reklamowego Adsense

Krótka informacja dla tych nielicznych nieuświadomionych, którzy jeszcze nie wiedzą co to jest: Google AdSense to system umożliwiający wyświetlanie na swoich stronach reklam (które Google sprzedaje w programie AdWords) i oczywiście zarabianie na tym. Ale czy jest jeszcze ktoś, kto nie wie, a przynajmniej nie słyszał o AdSense?

W każdym razie nowa funkcja umożliwia zdecydowanie na których stronach mają być dostępne reklamy powiązane z naszym kontem AdSense (to znaczy te, na których zarabiamy ;). Funkcja dostępna jest po zalogowaniu się do swojego konta AdSense, na zakładce „Instalator AdSense” → „Dozwolone witryny”. Na stronach przez nas nieautoryzowanych reklamy będą się co prawda wyświetlały, ale ani wyświetlenia, ani kliknięcia nie będą rejestrowane, o czym informuje stosowny komunikat na stronie AdSense:

blokada stron w AdSense

Informacji o tej nowości nie można na razie znaleźć ani w pomocy AdSense, ani na żadnym oficjalnym blogu Google. Darren Rowse na Problogger domyśla się że chodzi o zabezpieczenie przed możliwymi kłopotami, na które może nas narazić użycie kodu naszej reklamy na obcych stronach, ale nie przywiązuje do tego specjalnej wagi, podobnie jak nieliczni dotychczas komentujący. Wydaje się, że w cywilizowanym świecie zachodnim zjawiska „naklikania” na cudze reklamy w celu zablokowania konta „konkurenta” nie występują zbyt licznie ;)

Ciekawe jak Google uzasadni wprowadzenie tej funkcji i czy okaże się ona skuteczną ochroną przed zawistną konkurencją?