Dlaczego nie kupiłem iPhone

iPhoneCoraz więcej znajomych (wirtualnie) blogerów z zachwytem opisuje swoje doświadczenia z Apple iPhone. Żeby było ciekawiej, to prawie każdy początkowo nastawiony był raczej nieprzychylnie, a przynajmniej obojętne, natomiast nastawienie diametralnie zmieniało się po dotknięciu – wtedy nawet wady zmieniały się w zalety, lub okazywały się drobnymi niedogodnościami, niewartymi uwagi. Więc z miejsca stają się właścicielami, a przynajmniej intensywnymi poszukiwaczami nie najdroższego źródła ;)

Hazan słusznie zauważył, że wszyscy mężczyźni to duże dzieci – tylko z wiekiem zabawki mają coraz droższe ;) Ja nie jestem wyjątkiem, więc też pomacałem, nie iPhona wprawdzie, ale iPoda Touch, czyli właściwie to samo. iPhone podobał mi się od samego początku, jeszcze będąc bytem wirtualnym, mam w domu dwa iPody (ale zamiast maca mam blaszaka i zmiany nie planuję ;)) więc po pomacaniu nie zmieniłem swego stosunku do tego super gadżetu i w sumie niewiele brakowało, a bym się stał dumnym jego posiadaczem.

Ale się nie stałem. Tak, wiem, że wyświetlacz, że obsługa jest jedną przyjemnością, nie mówiąc już o czynniku dopieszczenia tego dziecka co to w każdym facecie siedzi. Cóż, no najzwyczajniej w świecie podobał mi się. Ale miał (i ma nadal) dwie dyskwalifikujące w moich oczach wady. Brak 3G w polskich warunkach jest bardzo poważną wadą. W Stanach WiFi jest wszędzie i tam faktycznie nic więcej nie potrzeba. Ale ja przez dwa tygodnie ferii zimowych miałem internet tylko przez GPRS i wiem że to ciężkie doświadczenie. Tam gdzie byłem UMTS tez nie było, ale w Warszawie prawie wszędzie jest i tu właśnie będę go używał. Druga wada to brak klawiatury QWERTY – możliwość szybkiego pisania dużych ilości tekstu było najważniejszym warunkiem który postawiłem sobie przy poszukiwaniach nowej zabawki. Już przebolałbym brak MMS, szczególnie że podobno już są na to metody, ale te dwa braki spowodowały, że z bólem (srly) pożegnałem się z myślą posiadania iPhona ;)

HTC TyTN II KaiserI nabyłem drogą kupna HTC TyTN II, zwany w niektórych kręgach Kaiserem ;) i też jestem bardzo zadowolony. Nie będę się rozwodził na temat wyższości jednych świąt nad drugimi, iPoda nad Pocket PC czy odwrotnie. Po prostu tak miałem ustawione priorytety, tak mi wyszło i nie żałuję.

Przepraszam za taki off topic (zainspirowałem się postem Hazana na AntyWeb) a że za chwilę będę podnosił WordPressa do wersji 2.5 RC1, to chciałem sobie coś luźnego napisać. I wpis niniejszy dedykuję wszystkim zacietrzewionym obrońcom jedynej słusznej ideologii.

WordPress 2.5 już gotowy, ale sami poszukajcie błędów

Czekacie na WordPress 2.5?

No to się właściwie doczekaliście ;) Opóźniona już o ponad tydzień premiera tego ulubionego przez (prawie) wszystkich silnika blogowego jeszcze się co prawda nie odbyła, ale jak pisze Matt na oficjalnym blogu developerów WordPressa:

Wersja 2.5 jest już właściwie gotowa i stabilna i spokojnie mogłaby być opublikowna dziś, ale chcemy zebrać więcej waszych reakcji i opinii, zanim pokażemy ją całemu światu.

Na razie można sobie zainstalować wersję RC1. Za kilka dni, po zebraniu feedbacku, jeśli nikt nie znajdzie jakichś poważnych bugów, gotowa wersja zostanie opublikowana i być może będzie dokładnie tak jak przy wersji 2.3.1, która od wersji RC różniła się właśnie tylko numerem wersji ;)

Nowa wersja oferuje dużo zmian, głównie w interfejsie (oraz trochę w filozofii) panelu administracyjnego i zarządzaniu całością. Ma również poprawić sie szybkość połączenia z bazą danych. Tudzież sporo innych potrzebnych i mniej nowych rozwiązań. O wszsytkich zmianach w nowej wersji w dzisiejszym wpisie Matta na oficjalnym blogu, a także bardzo obszernie napisał kilka(naście) dni temu Łukasz Sobek z Topblogger.

W publikowaniu wersji Release Candidate nie ma nic złego, przeciwnie, pozwalają wcześniej zapoznać się z prawie gotowymi rozwiązaniami. Jest to powszechna praktyka, również twórcy WordPressa prawie każdą oficjalną wersję poprzedzali wydaniem jednej lub więcej wersji RC. Ale teraz jest trochę inaczej, najpierw pominięto zupełnie wersję 2.4 (zapowiadaną kiedyś na grudzień ub.r.), potem opóźniona premiera 2.5, a wreszcie zamiast pełnej wersji tylko RC, z sugestią, że to właściwie pełna wersja, ale weźcie jeszcze potestujcie ;) Czy to znaczy, że developerzy nie są pewni swojego dzieła? Czy może jednak jeszcze nie wszystko zapięte na ostatni guzik i chcą zyskać te kilka dni, rzucając spragnionym zmian niedokończoną wersję?

Niemniej, mam zamiar dziś wieczorem zapoznać się bliżej z nową wersją i chyba nawet zdecyduję się mna aktualizację. Gdybym nagle zniknął, znaczy, że nie zupełnie byłem gotowy na nową wersję ;)

A swoją drogą ciekawe, jaki jazzman będzie patronem WordPressa 2.5 ;)

Żółto-zielone blogi zjednoczone

logo YellowGreenChociaż o YellowGreen napisała już awangarda polskiej blogosfery, to ja (głównie ze względu na mój ulubiony zielony kolor) też dorzucę od siebie kilka słów.

No, nie tylko z względów estetycznych, tematyka zarabiana na blogach przewija się u mnie ostatnio dość często (często to określenie względne, ale jak na częstotliwość moich wpisów, chyba uprawnione).

sieć to 2 blogiNa razie serwis składa się głównie z ładnych kolorków (mój blog też jest żółto-zielony), górnolotnych sloganów („wykorzystaj potencjał”, „szeroki dialog”, „skończ z reklamą i zacznij się komunikować” itp.), kilku literówek, dobrych chęci i sieci aż dwóch(!) blogów ;) – warto zrobić screenshota, żeby potem, kiedy już sieć osiągnie sukces chwalić się wnukom, że widziało się (i uczestniczyło) jej początki. A jak podzieli los innych zapomnianych projektów (chociaż uważam, że krytycy wciąż mają szansę i carte blanche u mnie przynajmniej do momentu, kiedy uzbieram kwotę wystarczającą do wypłaty ;) – a z tym może być trudno, bo ostatnio jakoś nie widać nowych kampanii), więc jeśli nawet sukcesu nie odniesie, to zawsze się będzie można pośmiać z sieci dwóch blogów.

Nie bardzo wiadomo w jaki konkretnie sposób żółto-zielona sieć pozwoli zarobić autorom blogów – to znaczy z grubsza niby wiadomo, podpierają się też kodeksem etycznym WOMMA dla blogerów (czyli 10 zasad etycznego wykorzystywania blogerów przez marketingowców ;), coś jak etyka blogvertisingu u krytyków. Ale konkretów brakuje, co wytknął Mediafun, w (zdublowanym) komentarzu na Antyweb i netto. Do Maćka warto zaglądać, obiecał że podzieli się z czytelnikami radami pomocnymi w zdobywaniu sponsora ;)

Wg jednego z twórców sieci YG (z wywiadu na yashke.com) reklama w internecie, a szczególnie na blogach, powinna przejść z ilości w jakość (też chętnie bym ograniczył te adsensy i linki, ale u mnie niestety ilość jeszcze w jakość nie przeszła), wręcz przedstawia reklamę na blogach jako rodzaj komunikacji mobilizującej do współpracy wszystkie strony blogowego przekazu: reklamodawcę, autora i czytelnika (potencjalnego konsumenta reklam). Czy to tylko puste słowa, czy też początki ciekawej idei, przekonamy się zapewne niebawem.

Twórcą YellowGreen jest agencja Autentika, która m.in. zrealizowała dla Wprost Blogboxa. Co ciekawe, przy zgłaszaniu akcesu do sieci YG (no tak, przyznałem się właśnie, że się zgłosiłem ;) pada pytanie o przynależność (?) bloga do Blogboxa, co może świadczyć o chęci połączenia w jakimś stopniu tych dwóch przedsięwzięć. No chyba że bycie w katalogu Blogboxa jest po prostu miarą wartości bloga, niech i tak będzie, w końcu by się tam dostać należało zdobyć poparcie przynajmniej 50 innych blogerów, tutaj również o przynależności ma decydować (m.in.) społeczność.

Czy YellowGreen (strasznie mnie nurtuje, dlaczego akurat taka nazwa i te akurat kolory, gdyby przypadkiem ktoś z Autentiki czytał, to bardzo proszę o komentarz ;) odniesie sukces, jednocześnie pomagając go odnieść (przynajmniej w wymiarze finansowych) również autorom blogów? Tego nie wiem, ale będę się życzliwie (i w miarę możliwości aktywnie) przyglądał i kibicował, jak zresztą każdej inicjatywie służącej rozwojowi polskiej blogosfery (to zdanie zabrzmiało już niemal jak slogany ze strony YellowGreen ;).

A dla siebie i wszystkich innych chcących skorzystać i uszczknąć coś z tej masy reklamowych budżetów, które podobno już przebierają nogami tylko czeka by rzucić się w ramiona (czy tam portfele) blogerów ;) powtórzę radę Maćka (Mediafuna):

Radziłbym jednak tym, którzy już liczą kasę, z kolejnego programu partnerskiego, czekają na przelew z adsense i zbierają grosze z linkliftu nad włożeniem maksimum wysiłku w tworzenie treści bloga, jednym słowem na budowaniu marki.

Na blogu najważniejsza jest treść i wiarygodność. Przykład Mediafuna świadczy, że dobra treść wcześniej czy później znajdzie mecenasa, gotowego zainwestować w jej dalsze tworzenie. Co nie znaczy, że należy natychmiast zrezygnować z reklam czy linków reklamowych. Ale na ich wartość i skuteczność dobra treść też ma niebagatelny wpływ.

Jeszcze o reklamach i zarabianiu na blogach

Sonda o reklamach na blogach nie wzbudziła ogromnego zainteresowania (tylko 41 uczestników), ale mam nadzieję, że jest reprezentatywna, przynajmniej dla czytelników tego właśnie bloga. Dosyć narzekania, oto wyniki:

Wyniki sondy

Ponad 3/4 respondentów nie ma nic przeciwko reklamie na blogach, wśród nich prawie 40% zaakceptuje każdą, nie przeszkadzającą w odbiorze bloga, formę reklamy. 10 osób (24%) nie chce oglądać reklam, w tym 17% jest przeciwnych jakiejkolwiek reklamie, a 7% ewentualnie godzi się na jakiś mało widoczny link reklamowy. Nikt nie chce oglądać najbardziej znienawidzonego przez internautów typu reklam – inwazyjnych, zasłaniających treść i otwierających się w nowym okienku.

Jak już pisałem, wyniki są reprezentatywne tylko dla czytelników tego bloga i to tylko tych którzy odpowiedzieli na ankietę. Mam nadzieję, że nie przeszkadzają im reklamy umieszczone na tym blogu (szczególnie że, jak napisał jeden z komentujących, i tak większość je zapewne blokuje, a pozostali i tak ich po prostu nie zauważają – tematyka bloga jest taka, że czytają go głównie osoby odporne na reklamy ;).

Zresztą nawet w tym ograniczonym zakresie wyniki można interpretować różnie. Bo co to jest na przykład nie natrętna, nie inwazyjna reklama? Na pewno wszechobecne, zasłaniające treść top-layery czy męczące, wyskakujące okienka. Ale już dynamiczna reklama flashowa umieszczona w treści wpisu (ale niczego nie przesłaniająca) czy duży baner, zajmujący całą górę ekranu przez jednych jest traktowany jako bardzo przeszkadzający w odbiorze, a inni nie widzą w takiej formie reklamy nic złego – wystarczy poczytać komentarze pod wpisem na blogu techkultura.

Cieszy mnie, że większość odwiedzających ten blog nie widzi nic złego w reklamach (może dlatego że wcale ich nie widzi, stosując adblocka lub czytając bloga tylko w kanale RSS ;). Może więc nie jest tak źle jak pisze na techNOblogu Marta Klimowicz, że polskie piekiełko nie znosi by ktokolwiek wyrastał ponad przeciętność, choćnby tylko próba zaraniania na blogach. Może również w tej dziedzinie już nie tak daleko nam do światowej blogosfery? Przynajmniej, jeśli chodzi o zrozumienie i akceptację, bo wielkością i skalą możliwych zarobków niestety jeszcze długo jej nie dogonimy.